"Nieracjonalny mężczyzna"


Miałam cichą nadzieję, że po zeszłorocznej, nienajlepszej "Magii w blasku księżyca", Allen zachowa chociaż cykl co drugiego dobrego filmu. Cóż zrobić, po obejrzeniu "Nieracjonalnego mężczyzny" bardzo zatęskniłam za klimatem "Manhattanu" i "Annie Hall", których w filmie brak, och, jak bardzo brak.

Stare filmy Woody'ego Allena lubię przede wszystkim za humor, absurdalne i sarkastyczne dialogi, cynicznych, lecz wrażliwych bohaterów i satyrę na nowojorskie "elity". Reżyser sprawdza się najlepiej w lekkiej, acz inteligentnej komedii, a dotychczasowe wycieczki w stronę kryminału wychodziły mu różnie ("Wszystko gra" czy "Sen Kasandry" były o tyleż przewrotne, co zwyczajnie smętne). W "Nieracjonalnym mężczyźnie" łączy filozoficzne i pseudofilozoficzne rozważania z motywem zbrodni doskonałej. Grany przez brzuchatego Joaquina Phoeniksa wykładowca akademicki z przeszłością, walczy z depresją, a idealny lek na nią znajduje nie w romansie ze studentką (jak mógłby sugerować plakat...), lecz w przyjęciu roli nowego Raskolnikowa...Ech, miałkie to jakieś i wcale niezabawne. Dobrzy aktorzy niby grają poprawnie (bo i Phoeniksowi i Stone nie można niczego zarzucić), ale teksty mają albo banalne, albo filozoficznie przekombinowane. Dodajcie do tego za dużo monologów z offu, a dostaniecie film niestety przeciętny. Już się boje następnego...

Komentarze